fbpx

Europejska nagroda architektoniczna Miesa van der Rohe za rok 2017 po raz pierwszy w historii została przyznana projektowi renowacji. Ten precedens odzwierciedla być może klimat współczesnej myśli architektonicznej, wpisujący się w dążenie do zrównoważonego rozwoju we wszystkich dziedzinach życia. Jest to jednak przede wszystkim świetny przykład na to, jak z niechcianego architektonicznego koszmaru epoki wielkich projektów modernizmu stworzyć nową jakość.

Kleiburg to wielorodzinny budynek mieszkalny w Amsterdamie zaprojektowany w 1971 roku przez Fopa Ottenhofa. W wyniku interwencji współczesnych projektantów jego bryła – przez lata kojarzona jako nieprzyjazna mieszkańcom, odstraszająca swym ogromem i odhumanizowaniem – została przekształcona w nowoczesny deFlat. Budynek ochrzczono mianem Klusflat, co w języku niderlandzkim nawiązuje do strategii „zrób to sam”.

Projekt powstał jako efekt współpracy dwóch znanych holenderskich pracowni: NL Architects i XVW architectuur. Walter van Dijk i Kamiel Klaasse wraz z Xanderem Vermeulenem Windsantem opracowali plan kompleksowej rewitalizacji budynku Kleiburg, czyli jednego z wieżowców gigantycznego osiedla Bijlmermeer w południowo-wschodniej części Amsterdamu – jedynego, którego struktura pozostała nienaruszona, i który był o krok od zniknięcia z powierzchni ziemi.

Megakompleks mieszkaniowy o nazwie Bijlmermeer zaprojektowano w latach 60., w duchu idei sformułowanych podczas Międzynarodowego Kongresu Architektury Nowoczesnej (CIAM) przez Siegfrieda Nassutha. Pierwsze zygzakowate budowle stanęły na tym terenie w 1968 roku, a kolejne powstawały do początku lat 70. Ostatecznie postawiono aż 48 galeriowców o 11 piętrach, które układały się w sześciokątne formy, z góry mające przypominać rysunek plastra miodu. Niebotyczna skala przedsięwzięcia, które zapewniło ponad 10 tysięcy mieszkań, już w kilka lat po oddaniu osiedla do użytku stała się problemem.

Bijlmermeer, zasiedlony głównie przez biedniejszych mieszkańców miasta pochodzących z byłej holendrskiej kolonii w Surinamie, stał się synonimem slumsu. Mające być zieloną alternatywą dla zdezintegrowanego centrum Amsterdamu osiedle, przez kolejne lata stało się mrocznym reliktem przeszłości, jednym z wielu takich w Europie. Wystarczy wspomnieć polskie galeriowce i bloki z wielkiej płyty, choć skalą holenderski moloch przywodzi na myśl raczej paryskie Noisy-le-Grand – postmodernistyczny Babilon projektu Ricardo Bofilla i Manuela Núñeza Yanowsky’ego, założycieli słynnej w Barcelonie pracowni architektonicznej Taller de Architectura.

Uhonorowane nagrodą Miesa van der Rohe pracownie NL Architects i XVW architectuur zmierzyły się zatem nie tylko z materialną tkanką tej architektury, ale przede wszystkim z jej społecznym odbiorem i przesądami na temat nietrafionych modernistycznych pomysłów. Jury doceniło też nonkonformistyczne podejście architektów, którzy postanowili zaakcentować w ostatniej, oryginalnej budowli to, co w pozostałych zostało skrzętnie zamaskowane – jej horyzontalną linearność i modułową powtarzalność. Dzięki oczyszczeniu dawnego Kleiburga z późniejszych warstw tynku i farb, a także z dodatkowych szybów wind na jego narożach, projektanci osiągnęli efekt niewymuszonej prostoty. Tym sposobem wyjątkowej architektonicznej „gąsienicy” o długości 400 metrów przywrócono heroiczną niemal monumentalność.

Główną ideą, która stoi za renowacją, jest niesztampowy pomysł na strukturę mieszkań i model ich sprzedaży. Zostały one bowiem sprowadzone do minimum – bez ścian i wyznaczonych wewnątrz pomieszczeń, bez kuchni, a nawet łazienki – są one rodzajem pustych skorup, do których ich nabywcy mogą wprowadzić własny układ i pomysły przestrzenne. Dzięki takiemu rozwiązaniu ceny mieszkań zostały drastycznie obniżone, zaś standard wspólnych przestrzeni budynku podniesiony.

Udogodnieniem mającym ożywić tkankę architektoniczną jest zaadaptowanie dwóch pierwszych kondygnacji deFlat na przestrzenie wspólne i mieszkalne – tam, gdzie wcześniej znajdowały się lokale usługowe teraz znajdują się obszerne korytarze prowadzące do przestrzeni wspólnych oraz mieszkań. Wewnątrz odświeżono posadzki i tynki, zaś w mieszkaniach, ciągnących się wzdłuż nieskończonych galerii, małe i niepraktyczne okna zastąpiono dużymi szklanymi powierzchniami przesuwnych okien w drewnianych ramach, korespondującymi z niemal białą, oczyszczoną powierzchnią betonowej elewacji. Teraz odnowiony Kleiburg o ascetycznej niemal strukturze jedynie odsłania niedociągnięcia renowacji, jakie wcześniej przeprowadzono w sąsiadujących budowlach: niejednokrotnie pomalowanych na pastelowe geometrie, niczym na typowym polskim osiedlu.

Ciekawym rozwiązaniem jest również stworzenie zewnętrznych parkingów dla samochodów, które zaplanowano tak, aby zachować jak najwięcej drzew w okolicy budynku. W rezultacie parkingi mają nieregularny zarys, który dodaje ogromnemu podwórku oś komunikacyjną, połączoną przy tym bezpośrednio z dostępnym dla wszystkich parterem.

Jak w uzasadnieniu przyznanej nagrody napisało jury: „rzeczy muszą być zarazem zwyczajne i heroiczne” – i taki właśnie jest projekt tej rewitalizacji. Element DIY dodaje mu zaś, tak pożądanego i przez lata poszukiwanego w modernistycznych projektach, czynnika ludzkiego. To projekt przełamujący schematy i wyznaczający standardy dobrej współpracy miasta z inwestorem, oraz inwestora z architektami.